|

Kandydat po Wielkanocy
- Za nami 2009 rok, niemal cały 2010 przed nami. To chyba był pracowity rok, szczególnie w polityce? - Trzeba by mojej żony zapytać, ile czasu poświęcam polityce, a ile czasu rodzinie i sprawom domu. Praktycznie 99% czasu poświęciłem polityce i pracy parlamentarnej. A niemal wszystkie sprawy domowe zawalam.
Ubiegły rok się zaczął dobrze z wielu powodów. Po pierwsze w mojej działalności zaprocentowało to, co było wcześniej moją misją, co zapowiadałem w programach wyborczych. Chodzi o zwiększenie pozyskania drewna, w celu podtrzymania w kraju przemysłu drzewnego i meblarskiego. Warto było pisać setki pism w tej sprawie.
- Jeśli dobrze rozumiem, pan chce wycinać więcej drzew. To chyba nie jest korzystne z punktu widzenia ekologii? - Czy ktoś zna rolnika, który robi w grudniu żniwa? Niestety bywa, że musimy wycinać drewno, bo ulega deprecjacji i jest za stare czyli spróchniałe. Zboże kosi się gdy jest piękne, a leśnicy też prowadzą uprawy, tylko w dłuższej perspektywie czasowej. Chronimy przyrodę w sposób przemyślany, a zwiększenie wycinki nam nie zaszkodzi. Sprawi między innymi, że pieniędzy więcej ludzi będzie mało pracę. O tym czy ciąć więcej nie zdecydowali politycy, a nadleśniczowie i ludzie odpowiedzialni za urządzanie lasu. Bo oni wiedzą najlepiej. Dzięki moim zabiegom mieli ku temu warunki. Kolejna kwestia szalenie ważna w mojej pracy, to sprawa kopalin w Lasach Państwowych, to olbrzymi majątek, który jest w bardzo różny sposób eksploatowany. Na dziś efektem moich działań jest to, że Najwyższa Izba Kontroli prowadzi kontrolę w Lasach Państwowych. Liczę, że dzięki temu wreszcie sprawy związane z kopalinami zaczną funkcjonować na zdrowych zasadach. Zyska dzięki temu Skarb Państwa, a tym samym obywatele. Cały rok także ciężko tyrałem nad Prawem Geologicznym i Górniczym. Duży ukłon w stronę urzędników i samorządowców z gminy Polkowice. Z takimi ludźmi można współpracować. Robią swoje, a nie biegają po mediach. Są zainteresowani zapisami w PGiG, bo one ich dotyczą.
- Angażował się też pan lokalnie. W co szczególnie? - W naszym regionie to dalsza prywatyzacja KGHM. Już 15 grudnia 2008 roku w Sejmie pytałem o prywatyzację Kombinatu. Zostałem wtedy oszukany. Usłyszałem od ministra, że nic podobnego się nie wydarzy. Dziś już jesteśmy po sprzedaży akcji. Wiem, że oszukano mnie i oszukano obywateli, których reprezentuję. A teraz mam świadomość, że cały ubiegły rok przygotowywano tę prywatyzację. Rząd zrobił to z premedytacją. Nie mam satysfakcji z tego, ze miałem wtedy rację. Jednym z kupujących akcje KGHM był teraz Deutsche Bank. Kupili je legalnie, nasz rząd stworzył im do tego okazję. Kwestią czasu jest, który z większych udziałowców, przejmie kontrolę nad KGHM. Dziś akcje stoją wysoko, wystarczy jednak, że miedź wpadnie w dołek, wtedy znajdą się chętni, by tanio kupić udziały.
- A sprawa węgla brunatnego i kopalni odkrywkowej… - W Sejmie w związku z planami budowy kopalni odkrywkowej na naszym terenie pytano mnie dlaczego się czepiam. Rząd twierdził, że wszędzie gdzie takie zakłady istnieją, jest dobrze. Zareagowali na to samorządowcy gmin położonych w sąsiedztwie odkrywki. Byłem współorganizatorem wyjazdu mieszkańców gminy Lubin na happening w Kruszwicy. Z własnych pieniędzy zapłaciłem za film, który pokazywał skutki odkrywki. Między innymi leja depresyjnego. Na bieżąco informowałem wójtów i burmistrzów, naciskałem, by zaczęli działać. To ja zaprosiłem ich na spotkanie i kazałem bronić między innymi swoich miejsc pracy. Bo chyba nie do wszystkich docierało, że trzy gminy zniknęłyby z powierzchni ziemi. Ja też byłem inicjatorem i pomysłodawcą pytania do referendum. Później moje drogi z samorządowcami się rozeszły. A to dlatego, że nie walka o zaniechanie budowy kopalni stała się istotna, a budowanie wizerunku na wybory. Jestem jednak zbudowany frekwencją w referendum, jakie odbyło się w ubiegłym roku. Wysłałem do każdej rodziny pismo informujące o wszystkich sprawach dotyczących węgla brunatnego, przyszłości i ewentualnych rozwiązań. Gdyby to referendum się nie udało, nie widziałbym sensu dalszego politykowania.
- Nie jest pan chyba jednak zadowolony z sytuacji, jaka panuje w lubińskim samorządzie? - Cieszę się, że rok 2009 się skończył, a 2010 będzie krótszy, bo będą wybory. Liczę, że teraz ludzie nieco inaczej spojrzą na tych, których wybierają. Liczę, że ocenią ich chłodno, nie pod wpływem emocji i kłamstw, które pojawiają się w niektórych mediach.
- Spodziewa się, że na linii miasto – powiat sytuacja poprawi się w najbliższych miesiącach? - Ludzie odpowiedzialni za tę fatalną sytuację mają konflikt osobisty. Rozwinęli go na płaszczyźnie miasta i powiatu. Nawet jeśli się to chwilowo uspokaja, to tylko pozornie. Konflikt ciągle jest. Jeśli ta sama ekipa wybrana byłaby ponownie, to ten konflikt wybuchnie ze zdwojoną siłą. Aż żal mi tego miasta i mieszkańców, jeśli taki scenariusz miałby się powtórzyć.
- Wracając do wyborów. Zapowiadał pan, że wystawicie kandydata na prezydenta Lubina. Już wiadomo, kto to będzie? - PiS w regionie jest bardzo silne. Idziemy pod własnym szyldem do wyborów, jako partia wzmocniona. Dopuszczamy tworzenie komitetów, ale nie w Lubinie. Tu idziemy samodzielnie. Kandydatami na radnych zostaną ludzie z poświęceniem dla regionu i dla społeczeństwa. Nie będzie karierowiczów. Mają stawiać na pierwszym miejscu państwo, nasz region i obywateli, a dopiero potem własne sprawy. Z całą pewnością wystawimy kandydata na prezydenta Lubina. Szukamy ludzi nie tylko w PiS. Robiliśmy sondaże, dużo rozmawiamy, tłumaczymy, jakie mamy zamiary. Dziś mamy trzy propozycje kandydatów na prezydenta. Niebawem podamy nazwisko kandydata, będzie to po Wielkanocy.
|